2: Glany
niedziela, 18.kwietnia.2010, 21:34
-Ufff...
Melodia z ulgą wstawiła ciężką torbę do szafki. Dziś zaraz po szkole miała zajęcia z glutami z podstawówki, do których została zmuszona przez matkę. Gluty jak to gluty są oczywiście na poziomie "zero jarzenia, 100% dziecinnych żartów", więc praca jest to makabryczna. Z niewesołymi myślami odwróciła się, zamknąwszy szafkę. To właśnie wtedy ujrzała to zjawisko.
Gdzieś w tłumie, na niewielkiej wysokości unosiła się makabryczna plątanina włosów w kolorze czerwonym, tak przyciągająca uwagę, że nie zauważało się wiotkiej panienki, właścicielki fryzury.
-Kto to jest?
Zdziwiła się w pierwszej chwili Melodia, lecz jej zdziwienie nie trwało długo, zaraz skojarzyła jaka jest jedyna w tej szkole osoba, która odważyłaby się przyjść tu z czerwonymi włosami. Gdy zaś dostrzegła po dwa kosmyki po bokach głowy, owinięte zielonym wstążkami i z zawiązanymi drugimi na czubku, nie miała wątpliwości. Czerwone włosy. Cztery zielone wstążki na czwartek. Niski wzrost. Tylko jedna to mogła być osoba. Lily.
-Więc teraz wiemy, dlaczego wczoraj wyglądała tak, jak wyglądała... -szepnęła do siebie dziewczyna - po prostu chciała nadać cywilizacji swojej fryzurze.
Tu uśmiechnęła się drapieżnie. Ta młoda może sobie czarować i być cięta, ale naturalna uroda jej nie dopisała. Melodia z lubością pogładziła swoje urocze, nienaganne, zupełnie naturalne, lśniące kasztanowe loki. "To ja tu jestem mistrzem!" pomyślała jeszcze gładząc bransoletkę z czterech zielonych wstążeczek.
* * *
-Uła... - przeciągnęła się Lily na ławce w pobliżu swojej szafki - Paskudny poranek. Mam ochotę coś spopielić. - mruknęła do siebie.
-Hej, hej! -przywitał się, nieświadomy zagrożenia, Marcin siadając koło Lilianny na ławce i uśmiechając się tak, że niejedna panienka by zemdlała - Co tam słychać?
-Spadaj - burknęła tylko Lily - nie jestem w humorze na takich lalusi.
-Daj spokój, to nasz pierwszy poważniejszy dzień w nowej szkole, a ty od razu jak chmura burzowa. Cieszmy się życiem!
-Nie mam zamiaru.
-Twoja sprawa - chłopak uśmiechnął się raz jeszcze, skończył wiązać buta i wstał - do zobaczenia na lekcjach - powiedział odchodząc.
-Płoń.
Szepnęła Lily. W tym momencie zeszyt trzymany przez chłopaka stanął w ogniu. Chłopak w jednej chwili rzucił go na podłogę, szczęśliwie z kamionkowych kafelków, i zadeptał.
-No wiesz?! - spojrzał na czerwonowłosą z wyrzutem - przecież ci nic nie zrobiłem!
-To nie ja. Ja jestem tu, twój zeszyt tam. Sugerujesz że podpaliłam, go na odległość? To niedorzeczne.
-Jasne. Do zobaczenia!
Odszedł, zostawiając zwęglone szczątki na podłodze.
-No, no, a kto to posprząta? - rozległ się wesoły jak u skowronka głos za plecami Tarkowskiej.
-Woźna. Od tego ona jest.
Lily nawet nie odwróciła się w stronę przybyłej Izy.
-Ładnie to tak już od początku dnia rozrabiać, moja droga?
Figlarne błyski w jej oczach rozświetlały wszelką ponurość.
-Ładnie. Byłam w fatalnym humorze. Musiałam się na czymś wyżyć, a ten tu zgłosił się na ochotnika. I tak powstrzymałam się od zrobienia tego samego jego "ślicznym" włoskom.
Iza roześmiała się głośno
-Cieszę się z tego. Nie lubię marnować takich ładnych fryzurek!
-To przecież nie ty byś marnowała.
Odezwała się chłodno Lily.
-Racja.
Iza umilkła na chwilę. Nawet dziwny blask w oczach dziewczyny układał się jakby przyznawał rację najjaśniejszej pani Logice płynącej ze słów czerwonowłosej Lilianny. Milczenie jednak nie trwało zbyt długo, gdyż wesołe osóbki zawsze gadają dużo i radośnie, by osładzać świat swoją mową, wesołym osóbkom tematów też nigdy nie braknie.
-Ach, Lily, właśnie! Widzę, że przyszłaś jednak zgodnie z planem!
Poprzedniego dnia, gdy już Tarkowska miała skręcić w swoją stronę, a Iza iść dalej tą samą ulicą, blondynka zapytała, czy jej nowa znajoma wie, na którą godzinę mają jutro zajęcia. Odpowiedź była oczywista, tak jak to, że dziewczyna nawet nie spojrzała na plan w holu. Zielińska podała więc godzinę i lekcje na następny dzień. Na koniec zapytała ze śmiechem "jak ty miałaś zamiar przyjść?". Okazało się, że Lilianna chciała przyjść po prostu przyjść jak się obudzi i na wszelki wypadek nie zabrać żadnych książek, żeby nie nosić niepotrzebnie. Sprytny plan, ale gdy zdobyła pierwszą wiedzę z tej szkoły - legł w gruzach. Może i źle, ale opinia nauczycielska lepsza!
-Jak już się nagadałaś, to przyszłam. Nie jest dobrze marnować dobre uczynki. To rozbija cząstki duchowe.
Iza roześmiała się
-Nie do końca wiem, o czym mówisz, ale lubię takich ludzi, jak ty. Zero udawania! iks de!
Lily odwróciła się w jej stronę
-E...?
-Iks De! Magiczny skrót Zielińskiej!
-Dziwne, nie ma go nigdzie, w żadnej szanowanej księdze ani mniej szanowanym podręczniku
Mruknęła do siebie czerwonowłosa
-I długo nie będzie, o czymkolwiek mówisz - zaśmiała się Iza - on jest mój, i tylko ja go używam!
-Aha... na pierwszej mamy polski. Ciekawe jak polonistka...
-Już ją znasz - Oczy Izy zabłysły figlarnie - to nasza wychowawczyni!
-Oż... To przejechane... powiedz mi, czemu polonistki to zawsze jakiś niewypały?
-Pomyśl, Lily, kto idzie na polonistykę? Albo ci co mają jakiś taki talent z tej dziedziny, albo niewypały, których żaden szanujący się kierunek ścisły nie chce. Ci pierwsi zostają pisarzami, poetami, dziennikarzami, felietonistami, redaktorami itp... a ta druga grupa idzie nas uczyć polskiego. To naturalne.
Nim zdążyło paść jakiekolwiek słowo więcej zadzwonił dzwonek. Iza poderwała się i zaczęła lekkim, ale szybkim krokiem iść w stronę schodów, gdy zauważyła, że Lily ledwo się podniosła i wlecze się powoli. Iza podbiegła do niej, złapała za rękę i z radosnym okrzykiem "podnieś się!" zaczęła ciągnąć czerwonowłosą do klasy.
-Zostaw mnie!
Warknęła Lily
-A pójdziesz szybciej?
-Nie.
-No to nie!
Roześmiała się IZA I ZAczęła ciągnąć szybciej
-Dobra, puść mnie! Już idę!
Wściekła się Lily, ale gdy blondynka ją puściła, rzeczywiście szła szybko. "Oszaleję z takim radosnym uporem!" pomyślała.
Przed salą 113, w której mieli polski zebrali się już wszyscy. Nie minęło pięć sekund jak zjawiła się nauczycielka, tego dnia w kostiumik w kwiaty.
-O żaaal... - Powiedziała cicho Lily do Izy i Marcina, który stał właśnie obok. -totalna masakra.
-Chyba nie będzie tak źle, nie oceniajmy po pozorach - odkręcał Marcin z czarującym uśmiechem
-Hehe - zaśmiała się tylko cicho Iza.
Weszli do sali. Usiedli z grubsza tak samo, Iza przesiadła się do Lily.
-Ej, jeszcze czego?
Z... ekhm... radością skomentowała ten fakt dziewczyna
-Cicho. Siedzę z tobą!
Oczy Zielińskiej błyszczały, uśmiech słodził. Jak zawsze.
Nauczycielka jednak zaczęła od przesadzania klasy po swojemu z przykazaniem, że do odwołania przez nią lub innego nauczyciela, mają tak siedzieć na każdej lekcji. Nasze dziewczyny wylądowały razem w trzeciej ławce pod oknem. Od biurka nauczycielskiego dzieliły je dwie ławki, jednak wiedzę w tym pewną pomoc Lily, gdyż ona jest niska, więc nauczycielka posadziłaby ją normalnie w jednej z pierwszych ławek. Jednak wiecie, co to znaczy trochę techniki.
W ławce za dziewczynami siedział Marcin z jakimś wielkim gościem, na oko przyszłym klasowym przygłupem. Od razu zaczął sobie żartować z włosów Lily. Ale nasza bohaterka nie jest bardzo skłonna do żartów, więc gdy tylko ośmielił się dotknąć kosmyka jej włosów, to się sparzył. I to całkiem nieźle się sparzył. W minutę spuchły mu palce, więc zajął się nimi i zostawił w spokoju Lily.
Tymczasem nauczycielka sprawdzała, czy uczniowie mają buty na zmianę.
-Lily! Co to ma być? Czemu nie zmieniłaś butów.
-Zmieniłam. - podniosła do góry swoją prawą nogę, ukazując jasną podeszwę czarnego glana - nawet mam regulaminowo z jasną podeszwą.
-Żarty sobie ze mnie robisz, kochanie?!
"Kochanie" zadziałało na uspokojoną wcześniej Lily jak płachta na byka. Włosy nauczycielki zaczęły się lekko fajczyć na końcach, a dziewczyna wstała gwałtownie i mówiła podniesionym głosem:
-Nie wierzysz mi! Nawet nie próbujesz! Czemu tu panuje taka niesprawiedliwość! Nie jestem dzieckiem, a jestem tu tak traktowana!
-Hola! Co to ma być! Nie jesteśmy per "ty" z panienką! I proszę mi pójść w tej chwili do szafki i pokazać buty normalne, jak taka panienka mądra! A ja poproszę twój dzienniczek, chyba muszę wpisać ci kilka uwag do rodziców na wstępie! Choćby o włosach! Nic z nimi nie zrobiłaś, a ja wczoraj nie wzięłam twojego numeru do domu! Wszystkie uwagi mają podpisać twoi rodzice, zrozumiano?!
Lily wyjęła dzienniczek i podała go kobiecie, ale w każdym z jej ruchów czuć było wszechobecną pogardę.
Gdy wróciła z zabłoconym glanami, o zupełnie czarnej podeszwie, nauczycielka już zakończyła "uwagować" swoją klasę i rozdawała skserowany plan zajęć. Chłopaka, który siedział z Lily, nie było, wysłała go nauczycielka do pielęgniarki z jego oparzeniem. Gdy czerwonowłosa weszła od razu podetknęła buty kobiecie pod nos.
-Proszę patrzeć! TO są moje buty podwórzowe! Ma pani jakieś wąty jeszcze?!
Nauczycielka chciała jeszcze coś się kłócić, coś przygadać, ale nie mogła nic znaleźć. Regulamin nie zabraniał glanów, nakazywał tylko obuwie zmienne z jasną podeszwą. To wszystko. No i jeszcze buty szkolne nie mogą być na obcasie, ale glany obcasów nie posiadają. Wychowawczyni, nie mogąc więc na niczym dziewczyny zagiąć, co zresztą chyba nigdy w życiu się jej nie udało, zagiąć kogokolwiek słowami, powiedziała tylko:
-Nie dyskutuj, Lilianno. Odnieś buty do szafki i wracaj tu szybko. Uwagi do rodziców masz w dzienniczku.
Dziewczyna oburzyła się
-to mi pani każe latać przez całą szkołę tylko po to by przynieść buty i zaraz je odnieść?! To bez sensu! Ganiam jak głupia dla pani kaprysu!
-Jak masz jakiś problem, to proszę, do dyrektora, ale to JA tu jestem wychowawcą i ja decyduję o tym co masz robić, rozumiesz?!
-Jeszcze zobaczymy.
Mruknęła Lily siadając w ławce.
-Masz odnieść buty!
Nauczycielka nie ustępowała
-Nic nie muszę.
W tym momencie cała klasa zapełniła się masą glanów we wszystkich kolorach tęczy.
-C.. co! Co jest!? - Nauczycielka była w totalnym szoku - co się dzieje?! a.. jak?! n!... n!... no! Tarkowska! To twoja sprawka?
-Ależ proszę pani! Co pani mówi?! Jak miałbym sprawić, że tu się nagle pojawiło tyle butów?! To przecież jakaś magia!
Lily mówiła słodkim głosen udającym niewinną, głupią panienkę, z miną "Bożż... ale rzeź...". Nauczycielka zdezorientowana zupełnie biegała po klasie nie wiedząc co robić piskliwym głosikiem wykrzykując rzeczy w stylu "takich sytuacji nie było w poradniku!". W końcu sprawdziła listę i zarządziła, by każdy wziął jedną parę obuwia i zniósł ją do piwnicy. Tu wyniknął kolejny problem. Wszystkie ręce, szczotki, krzesła przenikały przez kolorowe glany, jakby ich wcale tam nie było.
-Iluzja - odpowiedziała szeptem Lily na pytające spojrzenie Izy - ale zauważ, że błoto prawdziwe. Z dworu ściągnęłam.
Istotnie, cała podłoga w klasie uwalana była błockiem, jakby się tam, wyposażone w odpowiednie obuwie, wojsko przespacerowało. W klasie było już niezłe zamieszanie, więc Lily złapała swoje rzeczy i cicho się wyślizgnęła. Gdy stała na cichym korytarzu drzwi otworzyły się ponownie. Wyszła Iza.
-Co ty tu robisz?
Syknęła czerwonowłosa
-Jak to co? Wydaje cie się, że cię puszczę samą, Liluś? Co z tego, że nie ogarniam, co się właściwie stało, słyszałam o drobnych spopieleniach, ale to wykracza poza moją dotychczasową rzeczywistość, no ale to nic, nowe wrażenia są ważne, w każdym razie na pewno nie idziesz beze mnie, no way!
Tarkowska bez słowa ruszyła w stronę schodów. Panna Zielińska ruszyła za nią w ciszy, co może wydawać się dziwne, ale ta cisza nie była zwykłą ciszą. Blondynka teatralnie udawała, że się skrada, w wyglądało to tak komicznie, że nawet Lily zaśmiała się na ułamek sekundy. Iza też się roześmiała "to będzie najlepsza przyjaźń pod Słońcem!" obiecała sobie w myśli.
~~~~~~~~~~~~
Większość notki tej powstała dawno, to było gdy mój komputer nie działał, więc pisałam na brata. Komputer odzyskałam, ale jakoś długo się zbierałam, by odebrać jeszcze od brata zapiski. Jednak dziś, dosłownie przed chwilą wreszcie się zebrałam i skończyłam. Tadam! Mam nadzieję, że nie jest tak źle...
W tej szkole niewielu jest ludzi takich, których burza czerwonych włosów na wysokości około półtora metra pędząca w ich stronę poprzez korytarz uszczęśliwia. Zazwyczaj ludzie umykają jej z drogi, nie chcąc narazić się na gniew. Tak naprawdę nieliczni wiedzą do końca, dlaczego tak robią, Większości wystarczy imidż panienki. "Uwaga, idzie Tarkowska. Kryć się!" włącza się alarm ostrzegawczy.
Bo to Lily, a Lily należy unikać.
W tej szkole wszyscy ją już znają. My jednak jesteśmy tu zupełnie nowi. Nic nie wiemy, nic nie znamy, nawet ładnie nie wyglądamy. Wszystkim w tej szkole możemy wydać się dziwni z naszym pytaniem "Ale o kim my mówimy" bo Tarkowska to Tarkowska. Każdy ją zna.
Jednak nie zawsze tak było. Do każdej szkoły przychodzi się przecież po raz pierwszy. Dlatego cofniemy się do czasów, gdy w tej szkole o Lilianie Tarkowskiej jeszcze nikt nie słyszał. Choć już nie na długo...
~*~~*~~*~
Melodia stała oparta o parapet. Miła stąd idealny widok na drzwi frontowe szkoły. Obserwowała uczniów wchodzących do budynku, co chwilą krzywiąc się lekko na widok swoich wrogów, miło zapomnianych na dwa miesiące. Jednak to nie oni ją interesowali. Wśród tłumów łowiła nowe twarze - pierwszorocznych. Przeszywała każdego na wylot swoim spojrzeniem, określając wstępnie jaki jest nabór w tym roku. Każdemu posyłała też wiązkę nieprzychylnych emocji. "Pamiętaj, kocie, ja tu zawsze będę, zaczajona jak tygrys w trawie, popełnisz błąd - pożrę cię" mówił jej wzrok. Melodia nie była raczej miłą panienką, a to wszystko przez matkę. Przez jej pomysłowość w doborze imienia całe życie musiała znosić szyderstwa, co nie czynie człowieka miłym dla otoczenia. Potrafiła całą bystrość umysłu wykorzystać w zemście za drobiazg.
Nagle do szkoły weszła dziwna Dziewczyna. Na wzrok Melodii odważnie odpowiedziała takim samym, co lekko zdziwiło opartą o parapet, choć oczywiście nie dała po sobie tego poznać. Dziewczyna która weszła ubrana była w prosto skrojoną, czarną sukienkę przewiązaną pod (raczej małym) biustem szeroką, białą wstążką z kokardą od tyłu. Sukienka sięgała kolan. Na nogach dziewczę miało ciężkie, czarne wojskowe obuwie, wiązane do połowy łydek. Buty całe upaćkane były jasnym błotem. Ale nie strój ani buty przykuwały uwagę. U głowy wisiały jej bowiem długie, dziwne strąki. Wyglądało to na raczej nieudaną próbę opanowania fryzury. "Ciekawe co naturalnie ma na łbie, że tak się urządziła?" Zastanowiła się Melodia. W tym momencie zauważyła, co jeszcze nie tak jest z włosami przybyłej. Choć były ciemne od pasy czy gumy nie umknęło jej uwadze, że suche muszą być... czerwone. "Nie wolno w tej szkole farbować włosów!" krzyknęła w myśli posyłając dziwaczce odpowiednie spojrzenie. "Masz coś?" warknęła bez słów tamta. Po czym uśmiechnęła się zdecydowanie niebezpiecznie i pstryknęła palcami. Z takim szatańskim wyrazem twarzy odeszła gdzieś, najprawdopodobniej do sali gimnastycznej. Melodia zauważyła jeszcze na jej głowie trzy niebieskie wstążki. "Dziś środa. Genialnie. Niezła jest." pomyślała gładząc bransoletkę z trzech biało-błękitnych wstążek na nadgarstku.
* * *
-Kwiatkowska! Co to ma znaczyć! Odbiło panience na ostatni rok?!
Głos nauczycielki wstrząsnął Melodią
-Ale proszę panią, o co pani chodzi?! - Spytała gwałtownie wstając - Nic, do...(!) nie zrobiłam!
-Taaak?! To co masz niby na głowie?!
Melodia dotknęła swoich pięknie ułożonej fryzury. "O co jej może chodzić? Czerwoną różę wpinam przecież zawsze do stroju galowego"
-Przypadkiem nie normalne włosy?
-Zapewne! Pewnie zaraz się dowiem, że ci tak zjaśniały od słoneczka, Kwiatkowska?
-Jak...?
Dziewczyna złapał swój kasztanowy kosmyk i przyciągnęła do oczu. Tyle że nie był on kasztanowy, tylko żółty jak piórka kanarka. "Wiedźma!" Szepnęła do siebie Melodia, złapała torbę i bez słowa wybiegła do łazienki. Tam dopiero pojęła ogrom zniszczeń. Większość jej włosów była cytrynowo żółta, gdzieniegdzie były czarne i rude plamy.
-Niemożliwe... Nawet nie poczułam zawirowania...
Szepnęła do swojego odbicia. Z torby wyjęła lusterko i kilka innych drobiazgów.
Piętnaście minut później włosy odzyskały swój naturalny kolor, jednak były w zupełnym nieładzie. Melodia mogła wprawdzie również po prostu zmienić kolor włosów, a nie bawić się w odwracanie czaru, ale od zbyt częstego kolorowania włosy się niszczą. Dziewczyna zebrała swoje rzeczy i wróciła do klasy.
* * *
Przemówienie dyrektora było spodziewanie nudne. Na szczęście nie specjalnie długie, i już po pół godziny pomaszerowali do klas. Lily na te dwa kwadranse po prostu się wyłączyła, ćwicząc w myślach wszystkie przydatna sztuczki. Zaczęła się już nawet zastanawiać, czy może jakoś nie uciszyć dyrektora, ale w tej chwili dyrektor sam się uciszył. Lily wstała więc i poszła za kobietą w mdłej, fiołkowej garsonce. I tak znalazła się w przedostatniej ławce środkowego rzędu sali 113. Sama.
Najpierw nauczycielka szczebiotała coś o tym, jak się cieszy z nowego wychowawstwa itp. i że ma nadzieję na udaną współpracę, i że w tym roku dochodzi cała masa nowych przedmiotów i ze muszą się nauczyć odnajdywać w nowym środowisku i tak dalej i tak dalej, wszystko to co typowe dla takich przemów pierwszego września gdy idziesz po raz pierwszy do gimnazjum. Tego wszystkiego Lily również nie słuchała ze specjalną uwagą. Później każdy po kolei przedstawiał się i mówił kilka słów o sobie.
-Lily Tarkowska. - mruknęła gdy nadeszła jej kolej - Lubię książki fantasy i science-fiction.
Już chciała usiąść, gdy nauczycielka ją zatrzymała
-Przepraszam, Lily, ale musimy porozmawiać o twojej fryzurze - część specyfiku wtartego we włosy już wyschła i widać było jaki kolor mają włosy dziewczyny - Jeśli czytałaś regulamin, który podpisałaś przed przyjęciem, to powinnaś wiedzieć, że nie wolno nosić dziwnie ufarbowanych włosów w tej szkole. Na jutro masz mieć koniecznie normalny kolor. Idź do magika, przefarbuj, nie obchodzi mnie co, byleby jutro twoje włosy były naturalne, zrozumiano?!
-Nie mam zamiaru
Odparła butnie dziewczyna.
-Musisz!
-Niczego nie muszę.
-W takim razie skontaktuję się z twoimi rodzicami.
Nauczycielka była wyraźnie oburzona.
-A niech się pani kontaktuje. Na zdrowie.
Tego kobieta już nie zdzierżyła
-Nie pyskuj mi tutaj! Naprawdę, świat schodzi na psy! Że do porządnych szkół przyjmują teraz takich ludzi! Jeszcze kilka lat temu to takie zachowanie było nie do pomyślenia! Siadaj! Jeszcze dziś pogadam sobie z twoim opiekunem!
Lily bez słowa usiadła, czyniąc dłońmi dziwny znak nad stertą papierowych samolocików, które najwyraźniej przez cały czas robiła. Dmuchnęła na nie, a one poleciały. Chociaż lot ich wyglądał teoretycznie naturalnie, to wszystkie skończyły go w tym samym miejscu - na głowie nauczycielki. Ta tylko strąciła je na podłogę, głęboko westchnęła i dała znak do kontynuowania przedstawiania się uczniów. w ławce za Lily siedział przeuroczy chłopak o półdługich, zadbanych włosach w cudnym odcieniu mysiego blondu. Gdy wstał i uśmiechnął się czarującym uśmiechem wszystkie dziewczęta westchnęły. Wszystkie, za wyjątkiem Lily. Ta tylko pomyślała "jakiś laluś" i wyłączyła słuchanie, zajmując się rysowaniem skomplikowanych znaków na kartce papieru.
Na koniec nauczycielka rozdała im kluczyki do szafek. Ich klasie przypadły numery od 15 do 45. Numer Lily to 41. "Na parterze... przerypane. Nie dość że zimno, to same pomieszczenia usługowe wokół. Daleko od sal na I i II piętrze. Ech." Pomyślała Lily patrząc na swój numerek. Gdy tylko wysypali się z sali poszła obejrzeć szafkę.
Nie były rewelacyjne. Po dwie w pionie, miejsca tylko na normalnej wysokości buty, kurtkę, strój do gimnastyki i kilka książek. "Dobrze, że moja kurtka jest krótka" - pomyślała Lily patrząc na dziewczynę, która mimo bardzo ciepłej pogody przyszła w ekstra modnym, czerwonym, sięgającym kolan płaszczyku, obecnie skrzywioną na widok rozmiarów swojej szafki - "Ale dolną półkę muszę przemontować, bo buty mi nie wejdą. No chyba że trzymać je wyżej, razem z kurtką, ale czy jej nie zabrudzą?" Machnęła ręką, zamknęła szafkę i odwróciła się. Koło niej stał chłopak o pięknych włosach. Uśmiechnął się znów czarująco i powiedział:
-Już obejrzałaś? To ja zobaczę teraz swoją...
Wskazał numerek na swoim kulczyku: 42. Miał melodyjny głos i tak doprowadzone do perfekcji czarowanie iż zdawał się błyszczeć. Na Lily nie robiło to jednak wrażenia. Osunęła się tylko bez słowa i chciała odejść, jednak ten dalej nawijał:
-Idziesz już? Wracasz sama? Może cię odprowadzić?
Lily wydał się nachalny, choć jego ton na nachalność wcale nie wskazywał.
-Spadaj, Laluś.
Mruknęła.
-Jestem Marcin - chłopak uśmiechnął się jeszcze bardziej czarująco - Marcin Suzumi.
-Mega -odparła dziewczyna i odwróciła się na pięcie - do widzenia.
Chłopak tylko westchnął.
* * *
Lily szła właśnie przez hol gdy ujrzała ją Melodia.
-Niezła sztuczka! Prosta, ale skuteczna. - Zaczepiła czerwonowłosą - Zauważyłam że masz trzy wstążki we włosach. Zawsze nosisz tyle wstążek, co dzień tygodnia?
Ton dziewczyny był lekceważący, zabarwiony cynizmem.
-Widzę że pozbyłaś się już kanarka z głowy. Szkoda. Było ci w nim o wiele bardziej twarzowo.
Głos Tarkowskiej był chłodny, co idealnie komponowało się z ironią.
-Przykro mi - odparła równie zimno Melodia - regulamin zabrania noszenia dziwnych kolorów włosów. - obrzuciła wymownym spojrzeniem ciemnoczerwone strąki - nie odpowiedziałaś na pytanie.
-Nie ma ani jednego powodu, dla którego miałabym ci to powiedzieć. Żegnam.
Melodia zostawiła ją. "No, no. Zapowiada się wreszcie ciekawy rok. Będzie można użyć mózgu" pomyślała patrząc na swoją bransoletkę. Nie była już z trzech, ale z piętnastu wstążek. W kolorach czerni, szarości i brązu.
Tymczasem Lily została zaczepiona przez blondynkę o wesołym, przewrotnym błysku w niebieskich oczach.
-To prawda, co mówiła?
Czerwonowłosa zmierzyła ją chłodnym spojrzeniem
-Niby w czym jesteś lepsza od tamtej?
Blondynka uśmiechnęła się promiennie
-Iza Zielińska, pierwsza "a"!
Powiedziała ze śmiechem
-Lily.
Burknęła tylko czerwonowłosa
-Wiem - dziewczę znów się roześmiało - Są jeszcze tacy którzy słuchają a nie robią papierowe samolociki!
Śmiech Izy był naprawdę zaraźliwy.
-Super. Ale co to zmienia?
-Nic. - dziewczyna uśmiechnęła się figlarnie - widzisz tego chłopaka ze złamaną nogą? Tego rudego.
-No.
-Ma na imię Jurek i mieszka na mojej ulicy. w te wakacje śmiał obrazić mojego psa.
Figlarne błyski w oczach zmieniły się na coś zdecydowanie bardziej drapieżnego, choć słodki uśmiech nie schodził z twarzy.
-No dobra. - powiedziała Lily - Tak to prawda, że noszę wstążki z dni tygodnia.
-Wiedziałam! - Ucieszyła się Iza. Dziewczyny wyszły razem ze szkoły - idziesz może w tamtą stronę?
Wskazała kierunek.
-Owszem.
-Mogę wracać z tobą?
Uśmiechała się zachęcająco. "Jej pogoda jest bardzo zaraźliwa. Niezwykłe" Pomyślała Lily.
-Niech ci będzie - odparła. I poszły.
~~~~~~~~~~~~
Jak mam nadzieję wszyscy się domyślili jest to opowiadanie, całkowita fikcja. Wszystko pochodzi z mojej wyobraźni. Tak naprawdę jest to druga wersja opowiadania, na tym właśnie blogu, z zupełnie innym szablonem, były nawet ze dwa rozdziały, ale jak się w to ostatnio wyczytałam, to mnie aż poraził poziom chały. Nowa Lili ma to samo imię (bo adres był) i nazwisko (bo nie trzeba zmieniać) i ten sam kolor włosów, jak również podobny charakter. Jednak nic więcej.
Mam nadzieję, że nowa Lilianna nie jest już aż taka chałowata, że może się komuś spodoba.
Od razu mówię, że rozdziały raz mogą być dosłownie pięć linijek, innym razem esej na dwadzieścia stron, bo pragnę by każdy rozdział był zamkniętą, jedną całością. Nie żeby można je czytać niechronologicznie, to w rachubę raczej nie wchodzi, ale po to by każda akcja była zwarta, ładna i ukończona zgrabną "płętą".
To chyba na tyle.
Do zobaczenia. Dziękuję.